Sunday, 31 May 2015

So yesterday I thought I was hungover. In fact I was getting a cold. Or it was both. 
Balancing on the thin line of life and uncertainty - that's the way to live. 



Sunday, 10 May 2015

My friend told me I should write a blog or start a YouTube channel. My friend tells me that every time I speak to him. He finds me funny, He finds my bitching and complaining funny. Apparently many people find it funny. 

But what do I really have to say? 
I can only bitch in a funny way to people. When I think about the things that upset or irritate me alone I am seriously upset or irritated. Not in a funny way. In a depressed, fuck my life way. 

But maybe I should write something anyway. I enjoy writing. Typing. Maybe I should start typing more job applications and motivation letters for work. Maybe I should start bloody applying for jobs finally. 

My fear of rejection and failure is stronger than my wish to get a real job. I feel that I've already forgotten everything I learned at uni and, even if someone invited me for an interview, I wouldn't have anything to say. Because I've never had an interview. For a real job I mean. I had millions for shitty bar and restaurant jobs. 

I don't know what to do. How to overcome my fears. I used to be strong. Always, no matter what. Hard working and motivated and always prioritising my education over other crap. Now I'm not. I still have ambition (lol really??) and would like to find a job, and was still a good student and all... but I feel like I don't know how to live outside of university environment. How to grow some balls and keep applying and calling and bombarding people with emails saying how amazing I am and how they need me for the job? 
I don't know, because I haven't been doing any of this. I've just been slaving away wasting my life in hospitality jobs while being to tired and scared to apply for real jobs in my field of expertise. 

I know I'm good. I have been told I'm good. I have been told 'there were stronger candidates'. 

Sunday, 9 November 2014

I feel that I should write in Courier. 
Feels more like a story. I feel like a writer. Even though it's neither. 
But it looks good.

I will be out of London in 4 weeks... 

I'm scared. 

Wednesday, 29 October 2014

Jak to zrobic, zeby miec motywacje?
Za okolo 7 tygodni wynosze sie z Londynu. Nie, nie wyprowadzam, nie kulturalnie, zorganozowanie, gladko i wiadomo po co wiadomo dokad. Wynosze sie, bo juz tu byc nie chce. Bo pewnie spale wiele mostow i zostawie za soba kupe gratow i znajomosci w zawieszeniu. Nie mam czasu na planowanie. Podczas planowania i organozowania sie odechciewa.
Bo nawet chwilowo mam prace, ktorej nie nienawidze, chociaz dalej w sektorze, w ktorym nigdy juz wiecej wolalabym nie pracowac. Ale nie skreca mnie na sama mysl o tam pojsciu. I nie wiem jak mam im powiedziec, ze odchodze. Ze wyjezdzam nawet.

No wiec mam te 7 tygodni, okolo. To sie rowna jakies 14 dni wolnych, okolo. Wynioslam juz duzo ubran i ksiazek, drugie duzo mi zostalo. Zwlaszcza ksiazek. Musze posprzatac pokoj, zrobic zdjecia do ogloszenia. Zamknac wszelkie rachunki, dac wymowienie z pracy. Ba, musze sobie jakas forme ewakuacji z tego pieknego miasta zapewnic, dylizans.
No ale poki co siedze w lozku, z bolem gardla, nie mam mleka do kawy ani nic na sniadanie. Na obiad mam duzo, ale kto je brokuly na sniadanie? No i tak sie zebrac nie moge. Boje sie. Boje sie nie byc w Londynie. Wiem, ze tam gdzie bede bedzie fajnie. Beda nowi ludzie, bedzie inny jezyk, bedzie spokojniej, blizej, przytulniej, taniej. Ale nie bedzie to Londyn. Jestem tu juz za dlugo, wszelkie moje uczucia na temat miasta sa raczej negatywne. Silnie negatywne. Nie wiem.
Boje sie, ze bede tesknic za bardzo. Nie za ludzmi, nie za miastem, za niczym w szczegolnosci nie wyobrazam sobie tesknic. Tylko tak ogolnie. Czuje, ze przegralam. Ze Londyn mnie przezul, polknal i wysral za krzakiem. A przeciez taka bylam dzielna. Skonczylam studia, nie zrobilam kariery, nie mam chlopaka ani pieniedzy. Nie udalo mi sie w Londynie. Tylko, ze jak juz kupie ten bilet w jedna strone to bedzie juz takie na pewno. A ja sie boje wszystkiego, co na pewno. Na pewno zobowiazuje i zmusza do dzialania. A ja mam niemoc.

Tuesday, 28 October 2014

Nadszedl ten moment, kiedy juz nie moge. Doslownie. Nie wiem w jakie piekne slowa ubrac mozna niemozenie. Nie chce byc w Londynie. Nie chce zyc moim obecnym zyciem. Nie chce codziennie po przebudzeniu sprawdzac co na Facebooku, Instagramie, Twitterze pana, ktory mnie nie chcial i nie zechce. Nie chce byc zalosnym strzepkiem dziewczyny, ktora kiedys byla ladna, zdolna, pewna siebie i adorowana przez chlopcow i dziewczeta bez wyjatku. Teraz jest smutna, zamyslona, czesto pijana i nienawidzi zycia. Do ludzi wychodzi tylko, zeby powiedziec im jak jest beznadziejnie. Nie ma checi, sily, motywacji zeby ladnie sie ubrac, pocwiczyc, znalezc hobby, usmiechnac sie czesciej.
Wyjezdzam z Londynu okolo swiat. Jak kiedys napisala dawna kolezanka blogerka 'this country has nothing more to offer'. A moze ja nie mam nic do zaoferowania temu miastu czy panstwu. Kwestii nauki i pracy nawet nie porusze, bo pewnie wbilabym noz w monitor, a na pewno paznokcie w skore i zacisniete zeby pokruszylyby sie na miliony drobnych kawalkow. Pojade do mniejszego miasta gdzies w Niemczech. Posiedze, odpoczne, odswieze niemiecki, pomysle co dalej.
Bo nie jest dobrze i nic ku lepszemu nie idzie.


Tuesday, 14 October 2014

Korea

Korea dzien szosty.
Przyjechalam i bylam zadowolona jakies 20 minut, dopoki nie opuscilam terminalu i nie poszlam do bankomatu, gdzie okazalo sie, ze nie moge wyplacic pieniedzy. Poszlam do jeszcze 5 bankomatow na lotnisku, zaden pieniedzy nie dal.
Przyszedl Patrik i oswiadczyl mi, ze ma sporo zajec w uni i nowa dziewczyne, wiec praktycznie bede sama sobie wycieczke przezywac. Troche wkurw, bo przeciez 'can't wait for you to come', 'it's gonna be amazing' i w ogole, ze jako, ze to jego ostatnie 2 miesiace w Korei to pojezdzi ze mna, zeby porobic zdjecia, pokrecic filmy i w ogole zeby bylo fajnie. Wkurw, ide spac.





No i juz mialam pisac posta nie o Korei, ale o tym, jak zawiodlam sie na dlugoletnim znajomym, jak wszystko bylo nie tak. Bo niestety mam jakas okropna skaze, ktora nie pozwala mi odczuwac pozytywnych uczuc. Albo jest fatalnie, albo nie jest zle. Nigdy nie jest dobrze, fajnie czy przyjemnie.

Siedze wlasnie na lotnisku w Helsinkach czekajac na transfer do Londynu.
Za jakies dwa miesiace rozpoczne nowe zycie w nowym kraju. Nie wiem jak bedzie, na pewno bedzie inaczej. Taniej, wolniej,  mniej bezosobowo. Nie moge i nie mam sily tkwic w miejscu, w ktorym codziennie budze sie zmartwiona, smutna, a w sercu mam jaskolczy kurwa niepokoj, bo nie mam pracy porzadnej, bo pieniedzy nie starcza, bo znajomi czy wspollokatorzy nie tacy, bo zawody wszelkie sercowe i socjalne i w ogole ciagle zle. Od dwoch lat mam kryzys wszystkiego. Nie wiem czy przeprowadzka pomoze, ale raczej nie zaszkodzi. W najgorszym wypadku dalej bede pracowac w knajpach, ale chociaz jezyka sie naucze. Zobacze cos nowego, pooddycham powietrzem o zdecydowanie mniejszym zanieczyszczeniu.
Mam nadzieje, ze problem nie jest we mnie zakorzeniony na tyle, ze bede go targac ze soba gdziekolwiek pojade. Mam nadzieje, ze wraz z opuszczeniem Londynu opusci mnie niepokoj, niemoc i niechec.


Post o Korei moze bedzie. Bo chyba powinnam pisac bloga w ramach autoterapii. Wtornie nauczyc sie mowic o rzeczach pozytywnie. Zmusic sie, wytrenowac. Moze i beda posty retrospektywne z Islandii na przyklad. Spelnilam dlugoletnie marzenie, a jedyne co mialam wtedy do powiedzenia, to ze bylo ladnie, nie tak zimno jak sie spodziewalam, i ze nie mam teraz pieniedzy.

Koniec tego. Ilez mozna byc jeczydupa.

Saturday, 12 July 2014

Tak bardzo chciałabym być fajna. Mieć fajne życie, fajne ciuszki, ładne nóżki i robić śliczne zdjątka moim super aparatem.  A nie jestem. Byłam kiedyś, tak trochę. Bo byłam jakby dość mądra, oczytana wręcz, zdjątka robiłam, choć średnie. Teraz mam grube nóżki, Samsunga S4, instagram zawalony zdjęciami barów, piwska, wiecznego kaca i smutności.

I pracuję na trzy prace nie w zawodzie.
I jeżdżę na zbyt wiele urlopów.
Bo pracuję trzy prace, żeby móc jeździć.
Bo jeżdżenie umożliwia mi niebycie tu.
Bo bycie tu mnie nie cieszy.

Monday, 30 December 2013

Wrocilam z 'domu' z 'domu'.
Z domu nierodzinnego, z nowego lokum rodzicow, gdzie jedyna radoscia i wspomnieniem jest pies. Obcy dom, obca miejscowosc, rownie dobrze moglabym spotykac sie z nimi w hotelu. Nie lubie tu przyjezdzac. Lubie rodzinna miejscowosc i stare domy starych ciotek, gdzie spedzilam dziecinstwo i cos mnie z nimi laczy. Jak kuzyn podpalal mi nogi przez kratke w drzwiach od lazienki robiac smoki za pomoca zapalniczki i dezodorantu. Jak rozsypalismy wnetrza petard roznych po wielkim stole kuchennym i zrobilismy wybuchowe show, ktore pozostawilo wypalone bruzdy w drewnie. Plaza, morze, port. Teraz wracam do czegos, co jest mi obce. Dobrze zobaczyc sie z rodzicami, ale tkwie tam kilka dni bez widzenia sie z nikim, kogo zobaczyc bym chciala. Jeden autobus dziennie, cztery pociagi z sasiedniej wsi.

Cdn

Sunday, 22 December 2013

Kac morderca procesow tworczych. Chcialam ja napisac wpis, jednakowoz z racji kaca idzie to dosc srednio. Tzn jakby idzie ale bardziej nie idzie. Nie, jednak nie idzie. Dowidzenia.

Thursday, 14 November 2013

She deserves better, you say. I say: You’re a goddamn coward. What she deserves is an actual person she can connect with. She deserves you, or me or the entire world; she deserves someone achingly real and honest. She deserves a human being equally raw to pursue her and love her and, perhaps, destroy her emotionally, but she deserves all that as well. She doesn’t deserve anyone’s sugary fairytale. She deserves to float freely, with you, or me, or the world, into the very depths of her own psychosynthesis. She deserves to explore the meaning of the word "intimacy", with someone beside her that will care regardless. She fucking deserves allof it. So, pluck up the courage and be with her or leave her in peace but don’t you dare "sell" her your own "inadequacy" as a lie so that, again, you manage to comfort your conscience and eventually come to feel that you love her exactly because you’re letting her go. Because, darling, that’s bullshit. That’s only your own little self-created lie laying behind a much bigger lie; it’s not even properly concealed within itself, you fucking idiot.

Monday, 4 November 2013

przyszlo mi do glowy zeby napisac post. tylko nie przyszlo za tym o czym by ow post napisac. sprobuje wiec napisac post o niczym. jak wszystkie moje. o zyciu, lub jego braku, lub tez jego chujowosci.

i tu nowosc - nie jest chujowo!

znaczy sie fajnie tez nie jest. jest jakotako. bez uczuc i odczuc ekstremalnych. dupy nie urywa.

odcielam sie bardziej lub mniej skutecznie od czegos, co (bardziej) skutecznie rok praktycznie caly poprzedni mi pogmatwalo, zasmucilo, zachlalo i przytylo. i zezarlo poczucie wartosci i fajnosci i bycia kimkolwiek wartym uwagi. smutne, ale prawdziwe.
nigdy nie bylam z tych, ktore daly sobie w kasze dmuchac, wejsc na glowe ani tez zrobic sie w bambuko nie daly. az do teraz, do niedawna, do zaparetygodniprawienapewnomiprzejdzie. probuje pozbierac szczatki zdeptanego ego i uwierzyc w siebie na tyle, zeby miec motywacje przerobic (kolejny juz raz) moje CV i list motywacyjny i pisac o prace i dzwonic i walic drzwiami i oknami. o prace, ktorej nie ma. a ktora musze jakos znalezc, najlepiej, zeby ja dla mnie stworzyli. bo przeciez zajebista jestem i piekna, madra, wolna i swawolna i z publikacja w Forensic Science International na koncie. i taka bylam, moglabym byc pewnie, gdyby nie brak pewnosci siebie i przemeczenie, i juz nie dwie prace, wiec cos powoli jakby sie rusza. znaczy ja sie ruszam. aplikuje. gdziekolwiek. o cokolwiek.



i coraz czesciej mysle o powrocie do Polski. ostatnio mysle caly czas. nie wiem czy to z checi ucieczki przed ta nijakoscia, powrod do znajomego lona ojczyzny, gdzie cieplo (taaa), milo, sa znajomi dobrzy, sprawdzeni, ZAWSZE chetni do pomocy. czy moze faktycznie moj czas tu minal. przyjechalam z zamyslem studiowana tylko. skonczylam i nie wiem jak zyc. a moze wlasnie nie wiem jak zyc, bo juz nie studiuje i wyjazd do Polski czy gdziekolwiek indziej nic by tu nie pomogl, bo to syndrom odstawienia studiow jest, a nie tesknota za krajem tym gdzie kruszyne chleba...

nie wiem. ostatnio 'nie wiem'jest najczesciej wypisywana przeze mnie fraza. mowiona nie, bo malo mowie po polsku. a jak mowie, to o czyms co wiem, albo konkretna mam opinie oń. bo tak sie mniej wiecej czuje. ani dobrze, ani zle. ani mi smutno, ani wesolo. ani zmeczona, ani wypoczeta. ani zimno, ani cieplo nawet (bo w metrze zaduch, pot i niezmieniane tygodniami peruki, a na zewnatrz i zimno i pada i zimno i huragan).

i o. mialo byc o niczym, to jest.

endzoj.

Thursday, 24 October 2013

Czekam sobie na rozpoczecie pracki, ktora miala byc na 7 w jednym miejscu, a jest na 8 w innym.  W miejscu, z ktorym niewiele mnie laczy, a ktore wywoluje uczucia negatywne, leki i rozdrapuje wszelkie egowe kompleksy. Nie wizualne, zem gruba czy brzydka. Tylko takie, ze nie jestem good enough, ze ktos kiedys byl, jest lub bedzie lepszy ode mnie, ze ma wiecej do zaoferowania. Bo ja swoj czas mialam, ale skapy. I slabej jakosci. Czas byl mi dany dla zabicia czasu chyba, dla rozrywki. A I tak z rzadka. I cokolwiek mialam do dania nie chcialo byc i nie zostalo przyjete. Bez sprawdzenia, posmakowania, przymerzenia. Bo nie. Bo nie chce, nie potrzebuje, nie wiem.
Spierdalaj.
Uloze sobie zycie na nowo.
Jakos, kiedys, wkrotce. Moze.

Tuesday, 6 August 2013

coz rzec

przede wszystkim to, ze nie chce mi sie pisac z polskimi znakami. odzwyczailam sie. i jakos watek gubie. purystka jezykowa bez ogonka. jak mietek szczesniak. nie szczęśniak. nie bedzie tez wielkich liter. probowalam wznowic i kultywowac ten nurt, ale jako archaiczna blogerka z klanu psychofanow placebo (wczesne 2000 lata chyba) zagubilam jakos nawyk. no i zle mi to wyglada. skrzywienie wieloletnie. z bycia psychofanka placebo juz sie odkrzywilam. tzn do black market music zniese. potem slabosc.


coz nowego... a nico. wlasciwie. plan naprawczy za to w planach.
o tym jak zlamane, udeptane i wywrocone na lewa strone mam serduszko wiedza wszyscy, wiec o tym sza. a jak nie wiedza zapraszam do jadra ciemnosci i depresji, w sensie mojego twittera.
plan naprawczy jeszcze nie ma planu, ma za to cele.
pracka. porzadna, w labie. do grudnia. musi byc. dosc mam szmat i nalewania browara pieknym panom na koksie.
nauka. jezykow. ich liebe detusch ale nic juz panstwu nie powiem ani nawet nie napisze. i moze italian jakis. bo lubie. bo ladny. tylko za co? jak ktos zna dobry automotywator do nauki nauk wszelkich prosze o info. bo ja bez bata nic nie rusze. i bez profesora z broda.
self. ze musze powstac z popiolow, wydobyc sie z czelusci depresji i samonienawidzenia i braku akceptacji dla tegoz biednego selfa. piekny pan na koksie za duzo zezarl mojej milosci do swiata i ludzi (ahaha cale dzikie poklady mialam tegoz wczesniej, tjaa). no ale zezarl. trzeba jakos odzywic zwatlone ego i szukac milosci zycia.

milosci zycia rowniez mialam szukac na wycieczce zycia, ktora to niedawno odbylam. i byla chujowa. i samotna. i zachorowalam. i musialam wrocic.

oto kwintesencja mojej egzystencji.

ale teraz bedzie tylko lepiej. jesien idzie. w jesieni zawsze lepiej. szalik pomaga na wszystko.

Wednesday, 27 February 2013

nie pisze, bo nie mam o czym. bo wszystko, co mam do powiedzenia ostatnio albo pojawia sie na twitterze, albo jest niepublikowalne nijak i nigdzie.
podobno ludzie narzekajacy zyja dluzej, bo stresy to uwalnia i oczyszcza psyche. czyli, ze jestem niesmiertelna. bzdura.
jak sie narzeka, to przewaznie ma sie ku temu powod. nie jakis trywialny, ze na torebke LV nie stac czy, ze w rozmiar 8 nie wchodze. konkretniejsze problemy rozne. o ktorych mowic nie chce. ani tym bardziej pisac.
jedyne, co mam ochote powiedziec gwoli podsumowania to proste, acz tresciwe my life sucks .
i tak, wiem, jestem mloda, zdrowa, piekna, inteligentna, studiuje, mieszkam w Londynie, jakastam prace mam, glodem nie przymieram. i co z tego? gowno z tego. nie jestem w swoim zyciu obecnym szczesliwa. jestem 'utknieta' i samotna. i nie lubie halasu.

Sunday, 21 October 2012

biorąwszy dziś kąpiel popodróżową przypomniała mi się niadawna historia pewnego specyfiku.
jako osoba na suchoty skórne cierpiąca, nieznaczne może, lecz jednak, pewnegoż dnia po obmyciu postanowiłam odszukać specyfik niegdyś z ziemi ojczystej przywieziony. odnalazłam. rózowate podłużne opakowanie, butelka jakby czy coś. spoczko. poczęłam obsmarowywać obficie i pieczołowicie wszelkie zakamarki mej formy fizycznej, ale coś jakby szło opornie. no ale nic myślę, dawno żem nie używała, może zapomniałam, że to taki 'feel'. następnie myślę 'ależ jaja byłyby, jakby to jednak nie balsam cielesny był, a kąpielowy'. no i pacze i jest. i głupia, niemalże spóźniona musiałam kolejny prysznic odbyć, wodę życiodajną marnotrawić, a i potem się nie nawilżałam, bo i czasu nie było.
jakiż to projektant nicpoń wymyśla opakowania, gdzie komplementarne, acz diametralnie inne w zastosowaniu, produkty różnią się tym, że jeden dnem do dołu, a drugi dnem do góry się stawia?
bulwers milion. ziemia płacze.

Sunday, 7 October 2012

She wants what very few people know how to give. She wants all the simple things. Not many people know how to do simple anymore. She wants grilled cheese sandwiches at home dipped in ketchup served on a paper plate, not dinner at an expensive restaurant. She wants to sit on the beach at sunset, not some far away exotic vacation. She wants a handwritten note that says I care about you, not some piece of jewelry that was financed over three years. She wants you to brush her hair, not send her to some spa for a day.

And she wants things even simpler than that. Simple things that it seems like we have all forgotten. She wants you to ask her before you kiss her for the first time and the second. She wants you to hold her hand while you're watching re-runs together on the couch. She wants you to look at her when you talk to her. You guys, not just you, but so many guys have it all wrong. You think it is about where you take her and what you buy her for her birthday and for Christmas and you think it is about figuring out how her mind works. You think it is about being the best lover she ever had and you think it is about what she thinks of your career and your friends and your families and you think it is about all kinds of things that would never matter to her. 

As far as she's concerned, you can go out with the guys as often as you like. She *wants* you to have fun and enjoy yourself. You can have a job that keeps you and calls you away from home. She wants you to be happy with your work and she wants you to succeed. You can be so-so in bed. She wants to learn your body and have you learn hers. You can be greedy and selfish and demanding from time to time. She wants to work things through with you. You can see her once a week or once a month. She just wants to make the most of the time you get together. 

What does she want? That’s what someone asked. All she wants is to be loved, simply. Just like she loves everything in her life. There is no complex formula to the way she lives. Everything for her is simple and easy because everything comes from her heart. She wants to be loved from your heart. And no one in her life has done that yet because people spend way too much time over-thinking things and over-analyzing things and doing stupid things and finding reasons not to just love from the heart.

- Jonathan Carroll podobno. 

Znalezione. Prawdziwe. Niemozliwe.
I gdzie jest milosc mojego zycia? Kolezanka mowi, ze sie przygotowuje... bo kiedy sie spotkamy, bedzie pieknie i wspaniale. Ale niechze sie pospieszy no. Mi tu smierc w oczy zaglada powoli.

Sunday, 30 September 2012

Podnoszę tam, gdzie rzuciłam.

Kolejny raz rozpoczynam surowy eksperyment. Tym razem nie mam ambicji przejścia na taki tryb odżywiania, mimo, że bardzo mi on pasuje (i smakuje) jest to dość nudnawe i antysocjalne. I zimne przede wszystkim. Jako, żem człowiek z natury zziębnięty potrzebuję zupek, kakałek i innej ciepłości.

Dlaczego przestałam pisać. Nie wiem. Z braku możliwości chyba. Fizycznie dosłownie (chłopiec za plecami albo ktoś w szkole) i emocjonalnie. Wyzuta z wszelkich uczuć toczyłam żywot niemal jak w hipnozie od kwietnia do połowy lipca. A potem byłam zapracowana. I bez chłopca. I zakochana w kimś, kogo mieć nie mogę.

Z nowości więc: chłopiec porzucon został z powodu braku ambicji, jakichkolwiek własnych poglądów i chęci życia. Potrzebuję kogoś, kto mnie zainspiruje, czegoś nauczy, pokaże, zmotywuje, popchnie. Nie potrzebuję służącego ani przytakiwacza. Szkoda, dobry był, kochany. Ale już się nie dało.

Przedłużyłam sobie też studia z MSc do MRes, który będę robić part-time. Czyli, że kontunuuję moje badania dla londyńskiej policji przez kolejne pół roku. Kolejne pół roku będę widywać pana, którego mieć nie mogę. Dlaczego tak? Dlatego, że praca w pubie albo sklepie w nadziei i oczekiwaniu na 'prawdziwą' pracę bardzo mnie przeraża. Jeśli jakiekolwiek prace się pokażą i jeśli jacykolwiek pracodawcy mnie zapragną proces cały trwa kilka miesięcy w mej branży. Wolę więc jeszcze postudiować i poudawać niedorosłą. Bardzo boje się życia po szkole. Panicznie wręcz.

A jak do końca kwietnia nie dostanę sensownej pracki to się chyba z wyspami pożegnamy...

Nic mnie tu nie trzyma i chyba już nic nie zaskoczy.

Chyba, że nowy flavour w Starbuniu. Albo przecena w Topszopie. Albo cokolwiek o czym można obficie instagramować. Rzyg.

Dziękuję za uwagę.

Wednesday, 18 April 2012

Raaaawr..




Jest zatem dzien siodmy mojego eksperymentu. Czuje sie swietnie, jestem zadowolona, najedzona, dobrze spie, lekko wstaje... ubylo mi 2.3kg mimo, ze napycham sie owocami i warzywami do granic moich zoladkowych mozliwosci. Ciezko wystarczajaca ilosc kalorii uzbierac z takiego kroliczego zarcia.

Jestem szczsliwa (no, prawie, bo egzaminy..) i najedzona, mam energie i chec do zycia, ktorej juz dawno nie doswiadczalam. Postanowilam przedluzyc do 10 dni albo nawet 2ch tygodni.
Sa przypadki, gdzie ludzie wyleczyli sie z roznych chorobsk (cukrzyca, migreny, tradzik, luszczyca..) samym tylko jedzeniem owocow i warzyw, tak wiec poprobuje i zobacze jak moja nowonabyta pryszczyca i czy zagoi mi sie glupi kolczyk, co to niby jest juz ok ale wcale nie jest.
Pogoda troche nie sprzyja, bo zimno i szaro i pada i fuj, wiec chcialoby sie grubego chocolate fudge z kawa i lodami i pizza i bogwieczym.. ale nie. Nawet mnie nie kusi. Jak pomysle jak ciezko i ospale sie czuje po takim zestawie, to banan okazuje sie byc najlepszym przyjacielem czlowieka. W ogole banany to moja milosc nowoodkryta... cale zycie wmawialam sobie, ze nie lubie bananow na surowo. A jednak lubie, uwielbiam, om nom nom.


Jedzonka zatem:











taaak, bylo nawet ciasto w drogawej weganskiej restauracji. dobre i pyszne ale ciezkie, bo z mielonych orzechow i suszonych owocow glownie.
no i ₤4.50 to nie jest cena na moja kieszen ;(

Thursday, 12 April 2012

La La oh Raw Raw

Czyli, ze od dzis, przez 7 dni mam w planie jesc tylko surowe produkty.
W zasadzie to warzywa, owoce, jakies super organiczne zboza, co trzeba namaczac godzinami i ziarno.
Raw Food Week Challenge czas zaczac...

Poki co na sniadanko:




Owies moczony przez noc w mleku migdalowym, z polowka banana i kilkoma malinami. I jakis mix ziaren wszelakich. Spoko. Tylko zimne..

Po śniadanku wskoczyłam na rower i z szalona italiansks koleżanka z klasy pojechalyśmy na Queens Market oddalony o niecałe 10km. Zdecydowanie nie bylo to to, czego spodziewałam sie po 'farmer's market' ale spoko. Smród suszonej ryby i mdly slodkawy zapach niechlodzonych stoisk mięsnych znioslam dzielnie.


Wyruszylysmy więc w drogę powrotną. I zaczęło lac. Solidnie, bezdusznie i po chamsku. Chciał nie chciał, zatrzymałyśmy sie w McDonaldzie ażeby ulewe przeczekać...

A potem wróciłam do domu, nie miałam internetu, zjadlam to

to

i to

i napisałam posta z telefonu i nie wiem czy działa.

Ach, i jeszcze troche tego:

Wednesday, 14 March 2012

Ostatnie 3 tygodnie szkoly. Ostatnie strzepy motywacji ulecialy na prawie wiosennym wietrze albo utopily sie w promieniach slonca okolo pory lunchu, kiedy to przewaznie jestem w szkole lub w pracy. Nie przewaznie, zawsze.
Okropna prezentacja we wtorek zakonczyla sie srednim sukcesem. Praco grupowa nienawidze cie. Z drugiej strony, gdyby byla to praca indywidualna pewnie juz slalibyscie kondolencje chlopcu memu i tlumnie pielgrzymowali na moj grob. Grob tej, co wszystko wiedziala, ale wszystko zle.
Choc czesciej nie wiedziala nic. Moj kurs mnie troche przerasta.

Bywaja jednak pozytywne akcenty. Takie jak w poniedzialek (zaraz przed okropnym wtorkiem), kiedy to udalam sie na dlugo wyczekiwany koncert. Koncert pana, na ktorego poprzedni wystep w zacisznej knajpce na Camden nie udalo mi sie dostac, bo wyprzedane, bo nie wpuszczaja nikogo wiecej. Pan z Ameryki, wiec bylam w kropce. Nie wiedzialam czy wroci i kiedy.
WROCIL! Za niecale dwa miesiace... wrocil 12 marca do Cargo. I zagral, zaspiewal i chyba smierdzialy mu stopy. Chyba jemu. Byl jedyna osoba w zasiegu wzroku, ktora byla bez butow, wiec szanse sa spore.
Ale nie szkodzi. Byl dziwny i gruby i brzydki troche, ale pieknie gral i spiewal i bylo wspaniale.
I gdzies mialam okropna prezentacje z Drugs of Abuse, gdzie niewiadoma substancje zidentyfikowalismy jako ketamine, a byla Ibuprofenem. Nie dzkodzi.
Byl Damien, bylo pieknie. I jeszcze mi sie pieczatka nie do konca zmyla...

Najpiekniejsza piosenka w oryginale:


Najpiekniejsza piosenka ode mnie z ifona: