Monday, 26 December 2011

siedze w samolocie do Londynu. boje sie. pierwszy raz w zyciu mam w sobie taki strach. zawsze wyjeżdżając z domu mam wrażenie jakbym zostawiala tam wszystkich na jakas ciężka pastwę losu. jakby po moim wyjeździe miało sie stać cos bardzo złego.. nie wiem na ile to moje paranoje a na ile faktycznie cos sie dzieje.. nikt mi nic nie mowi. jeki, steki, wzdychanie ale kiedy pytam mówią, ze wszystko jest w porządku. babcia coraz słabsza, niby nic jej nie jest, ale widać, ze nie ma juz sił.. boje sie i martwie o nią. boje sie i martwie o rodziców. siedzą sami na wiosce odległej nieco od reszty rodziny.. tęsknią za mna. nie maja nikogo i nic innego. nie chca miec. wciaz nie rozumiem dlaczego wyprowadzili sie z rodzinnej miejscowości.. przynajmniej nie byliby sami. moze i tęsknota za jedynym dzieckiem byłaby lżejsza do zniesienia. mam wrażenie, ze to jakies ich skłonności autodestrukcyjne, ze jak nie moga miec mnie, nie chca miec nikogo.. a ja, nawet gdybym była w polsce, nie mieszkała bym przecież w domu obok, nie jezdzilabym do nich duzo częściej niz teraz.. pewnie tylko nie pozwolilabym im wyprowadzić sie tam, gdzie teraz mieszkają.
wizyty tam nie są tez łatwe dla mnie. cieszę sie, ze zobaczę rodziców, wiem, ze oni bedą sie cieszyli.. przez dwa dni, a potem zaczynaja mnie traktować jakbym miała znow 6lat.. tak
mam sie ubrać, tak uczesac, isc do kościoła, do spowiedzi.. nie pomagają rozmowy, musze zacisnąć zeby i godzić sie na wszystko. zeby nie bylo awantur, płaczu i zeby miec jakotaki spokój. ich dom jest obcym domem dla mnie, w wiosce nie znam i nie poznam raczej nikogo, z wioski jeden autobus do gdanska, do gdyni podróż zajmuje godziny.. jeżdżę tylko do
nich. nie spotykam sie z nikim, nigdzie nie wychodze.. i tylko siedze tam o martwie sie. mam wrażenie, ze wszyscy są umierający. czesto taka panuje atmosfera. nie wiem czy ma to wzbudzić we mnie strach czy współczucie, czy chca mnie tym do polski ściągnąć, do nich, zeby przy nich siedziec na wsi i marnować jakiekolwiek szanse na normalne zycie i moze
jakas karierę zawodowa? kiedy mowie o tym, mówią ze nie, ze mam sie uczyc, ze lepsza praca za granica, ze rozumia, chca mojego szczęścia i powodzenia.. a potem 2dni przed wyjazdem płacz, bóle serca, rozmowy o ciężkich chorobach, umieraniu, testamentach..
boje sie odbierać telefon. od zawsze, od małego. boje sie złych wieści. mam straszne sny o strasznych rzeczach, nie moge skupic sie na niczym.. jak dluzej nie ma mnie w domu troche o tym zapominam. najgorszy jest pierwszy tydzien po powrocie do UK. nie wiem czy da sie ta sytuacje rozwiązać, reszta rodziny tez jest bezradna.. nie da sie do nich dotrzeć. ich miłość zezre od srodka i ich i mnie... trudno jest wracać i wyjeżdżać z "domu".
i jebany blachor cała drogę kopie w mój fotel.

Wednesday, 21 December 2011


ostatnio moje życie, to ciągłe marudzenie. ciągłe ściganie za niedoścignionym bez kiwnięcia palcem, bez ruszania dupy. things are not going to change if you're not gonna change them . wiem wiem. dużo gadam, mało robię. choć w sumie wydaje mi się, że robię. no bo przecież pracę rzuciłam, picie rzuciłam, nie czytam książek, nie rysuję, nie podśpiewuję już nawet pod nosem. tak więc jedyne czym się chwilowo zajmuję to szkoła. nawet w niedzielę do biblioteki chodzę nauki pobierać. tak więc jestem kompletnym ignorantem bez pojęcia co się w świecie dzieje, co w muzyce, filmie i szerokopojętej kulturze... wszystko to na rzecz szkoły oczywiście. bo przecież szkoła najważniejsza, bo czasu zabiera, bo to już ostani rok, moja przyszłość, sratytaty.
i co? i jajco. bo ja mój cenny czas szkolny nad książkami i papierami marnuje na jakiś gównianych portalach społecznościowych. 5min nauki: 55min netu. znam wszystko... wszystkie bitch please jenna marbles, foreveralone, wszystkie nyan koty i sneezing pandy. żałość. i ja bardzo bym chciała ten stosunek zmienić w stronę przewagi nauki.. ale.. ale kurwa wszystkie materiały właśnie na necie są. myslałam zawiesić fejsbuczka, ale tam z klasą się kontaktuję. twitterkiem wylewam żale. z youtube czerpię wiedzę o pięknie, z tumblera o anoreksji, poza tym gossip girl też przez internet oglądam...
jak zatem uczynić, ażeby wszystkim dobrze było?

czuję niemoc straszną naukową i wyjałowienie emocjonalne. nie zwrusza mnie już sztuka ani wyższa ani niższa nawet. nie wiem czy to przez abstynencję alkoholową czy starzeję się i gorzknieję w tempie godnym dziecięcia chorego na progerię.
balansu pragnę między nauką i rozrywką, stymulacji intelektualnej, uniesień i wzruszeń.
idę obejrzec "My neighbour Totoro" a od jutra rozpoczynam naukę pełną parą. dostałam najgorszą ocenę w mojej karierze studenta w UK. przeryczałam godzinę, obejrzałam rodzinnie "Ranczo". pójdę wcześniej spać. przyśnią mi się dobre sny o lepszym świecie a rano zacznę ten świat urzeczywistniać... i zapakuję prezenty. będzie pięknie i świątecznie. och ach

Monday, 19 December 2011

jestem człowiekiem porażką. tak powinien zaczynać się każdy mój post, tak powinnam mieć na drugie, tak powinnam wypełniać zadziorne plakietki typu "hi, my name is..".
mam 25 lat. na karku 2 podstawówki, 2 gimnazja, 2 licea, 4 uniwersytety. niedokończona weterynaria, BSc i MSc w trakcie.
pracę w angielskich pubach, francuskiej restauracji i sushi take-awayu. doświadczenie zawodowe/internship/wolontariat - brak. zainteresowanie studiami i determinacja - znikome. widoki na egzaminy - marne.
mam za to całą kupę rachunków w moim imieniu, direct debity na telefon, internet, siłownie, ubezpieczenie.. ostatnio też dostałam kartę kredytową, z której póki co nie zamierzam korzystać. choć pewnie rzeczywistość zweryfikuje, i jeśli nie znajdę szybko jakiejś dorywczej pracki (na którą nie pozwala mi szkoła za bardzo..) to będę musiała zadłużyć się w kochanym lloyds tsb na wieki wieków amen. nie mam serca wyciągać więcej od rodziców. i tak już dali mi więcej niż mogli.

mam egzaminy na karku też. mam rachunki, szukanie nowych współlokatorów, ogarnianie syfu po poprzednich.. chcę lekkiego życia człowieka głupiego. ignoranta, któremu wszystko jedno. buca bez ambicji, który jest szczęsliwy z posady ciecia, ćwiartki za pazuchą i dodatku na dzieci.

a jak juz mam być dorosła i odpowiedzialna i z papierami i lepszym credit score to niechże to będzie po studiach. kiedy będę mieć pracę. bo godzenie wszystkiego innego z koncentracją na szkole troszkę mi się nie układa. dochodzą też marzenia o byciu piękną i utalentowaną. niespełnione pasje rysunkowopisarskośpiewackoaktorskie. pogoń za chudością i naprzemienne opychanie się dietetycznym ciastem.
jestem zaprzeczeniem wszystkiego, czym chciałabym być. nie mam też siły, by się zaprzeć i obrócić niczym kot ogonem. jęczę i ględzę i marzę o lepszych czasach. lekkich czasach. nowym jorku, berlinie, mediolanie. o mieszkaniu na islandii. o mądrych, inspirujących znajomych, wieczorach z książką i filmem i kominkiem.
zamiast tego marnuję czas na portalach społecznościowych i podglądaniu życia tych, którym bardziej lub mniej zazdroszczę.
jestem człowiekiem porażką.