Thursday, 24 October 2013

Czekam sobie na rozpoczecie pracki, ktora miala byc na 7 w jednym miejscu, a jest na 8 w innym.  W miejscu, z ktorym niewiele mnie laczy, a ktore wywoluje uczucia negatywne, leki i rozdrapuje wszelkie egowe kompleksy. Nie wizualne, zem gruba czy brzydka. Tylko takie, ze nie jestem good enough, ze ktos kiedys byl, jest lub bedzie lepszy ode mnie, ze ma wiecej do zaoferowania. Bo ja swoj czas mialam, ale skapy. I slabej jakosci. Czas byl mi dany dla zabicia czasu chyba, dla rozrywki. A I tak z rzadka. I cokolwiek mialam do dania nie chcialo byc i nie zostalo przyjete. Bez sprawdzenia, posmakowania, przymerzenia. Bo nie. Bo nie chce, nie potrzebuje, nie wiem.
Spierdalaj.
Uloze sobie zycie na nowo.
Jakos, kiedys, wkrotce. Moze.

Tuesday, 6 August 2013

coz rzec

przede wszystkim to, ze nie chce mi sie pisac z polskimi znakami. odzwyczailam sie. i jakos watek gubie. purystka jezykowa bez ogonka. jak mietek szczesniak. nie szczęśniak. nie bedzie tez wielkich liter. probowalam wznowic i kultywowac ten nurt, ale jako archaiczna blogerka z klanu psychofanow placebo (wczesne 2000 lata chyba) zagubilam jakos nawyk. no i zle mi to wyglada. skrzywienie wieloletnie. z bycia psychofanka placebo juz sie odkrzywilam. tzn do black market music zniese. potem slabosc.


coz nowego... a nico. wlasciwie. plan naprawczy za to w planach.
o tym jak zlamane, udeptane i wywrocone na lewa strone mam serduszko wiedza wszyscy, wiec o tym sza. a jak nie wiedza zapraszam do jadra ciemnosci i depresji, w sensie mojego twittera.
plan naprawczy jeszcze nie ma planu, ma za to cele.
pracka. porzadna, w labie. do grudnia. musi byc. dosc mam szmat i nalewania browara pieknym panom na koksie.
nauka. jezykow. ich liebe detusch ale nic juz panstwu nie powiem ani nawet nie napisze. i moze italian jakis. bo lubie. bo ladny. tylko za co? jak ktos zna dobry automotywator do nauki nauk wszelkich prosze o info. bo ja bez bata nic nie rusze. i bez profesora z broda.
self. ze musze powstac z popiolow, wydobyc sie z czelusci depresji i samonienawidzenia i braku akceptacji dla tegoz biednego selfa. piekny pan na koksie za duzo zezarl mojej milosci do swiata i ludzi (ahaha cale dzikie poklady mialam tegoz wczesniej, tjaa). no ale zezarl. trzeba jakos odzywic zwatlone ego i szukac milosci zycia.

milosci zycia rowniez mialam szukac na wycieczce zycia, ktora to niedawno odbylam. i byla chujowa. i samotna. i zachorowalam. i musialam wrocic.

oto kwintesencja mojej egzystencji.

ale teraz bedzie tylko lepiej. jesien idzie. w jesieni zawsze lepiej. szalik pomaga na wszystko.

Wednesday, 27 February 2013

nie pisze, bo nie mam o czym. bo wszystko, co mam do powiedzenia ostatnio albo pojawia sie na twitterze, albo jest niepublikowalne nijak i nigdzie.
podobno ludzie narzekajacy zyja dluzej, bo stresy to uwalnia i oczyszcza psyche. czyli, ze jestem niesmiertelna. bzdura.
jak sie narzeka, to przewaznie ma sie ku temu powod. nie jakis trywialny, ze na torebke LV nie stac czy, ze w rozmiar 8 nie wchodze. konkretniejsze problemy rozne. o ktorych mowic nie chce. ani tym bardziej pisac.
jedyne, co mam ochote powiedziec gwoli podsumowania to proste, acz tresciwe my life sucks .
i tak, wiem, jestem mloda, zdrowa, piekna, inteligentna, studiuje, mieszkam w Londynie, jakastam prace mam, glodem nie przymieram. i co z tego? gowno z tego. nie jestem w swoim zyciu obecnym szczesliwa. jestem 'utknieta' i samotna. i nie lubie halasu.